Na początku 2026 roku, ruszając w kolejną podróż do Afryki, postanowiłem zabrać ze sobą coś, co dziś dla wielu jest już bardziej wyborem z przekonania niż wygody. Do plecaka trafił Nikon FM2 prosty, mechaniczny aparat analogowy, bez podglądu, bez autofocusa, bez możliwości sprawdzenia efektu chwilę po naciśnięciu spustu. Do tego Nikkor 35 mm oraz mały teleobiektyw Tokina 35–135 i czarno-białe filmy Ilford Delta 100.
Safari w Kenii wydaje się miejscem stworzonym do fotografii. Światło potrafi być tam piękne, zwierzęta pojawiają się nagle i równie szybko znikają, krajobraz co chwilę się zmienia. Ale właśnie dlatego analog jest tu trochę ryzykiem. Nie da się nic poprawić od razu. Nie wiadomo, czy ostrość trafiła tam, gdzie trzeba. Czy ekspozycja wytrzyma ostre słońce i kurz. Czy drganie samochodu nie zepsuło kadru. Każde zdjęcie jest bardziej decyzją niż serią prób.
I chyba właśnie to najbardziej mnie w tej podróży ciekawiło. W czasach, gdy niemal wszystko można zobaczyć od razu, tutaj trzeba było czekać. Do końca wyjazdu. Do lotu powrotnego. Do chwili, kiedy film w końcu trafił do wywołania w domu. Przez cały ten czas zdjęcia istniały tylko w pamięci: jako przypuszczenie, obietnica albo wątpliwość, że może jednak nic z tego nie wyszło.
Ta galeria jest zapisem tamtej niepewności. Kenii oglądanej przez mechaniczny aparat, czarno-biały film i ograniczoną liczbę klatek. Bez pewności, bez kontroli, za to z większą uwagą. Zapraszam do obejrzenia zdjęć z safari — takich, jakie udało się przywieźć, a nie takich, jakie można było zaplanować.