W drodze na Południe Etiopii.

Droga do Turmi, czyli tam gdzie krowa ma pierwszeństwo, a uśmiech otwiera serca

Podróż na południe Etiopii (Dolina Omo), w stronę miejscowości Turmi, to doświadczenie, które na zawsze zmienia definicję „drogi”. To nie tylko przemieszczanie się w przestrzeni, ale zanurzenie w świecie, gdzie nowoczesność spotyka się z surową tradycją, a każdy kilometr dostarcza obrazów pełnych kontrastów: od stad bydła i rozkrzyczanych dzieci, po wraki ciężarówek i młodych mężczyzn z maczetami w dłoniach.

Szklana bańka i hierarchia asfaltu

Podróżując konwojem nowoczesnych samochodów terenowych, turyści często trwają w swoistej „szklanej bańce” – czują się bezpieczni i odizolowani od zewnętrznej rzeczywistości, obserwując świat zza okien klimatyzowanych pojazdów. Jednak stan etiopskich dróg szybko wymusza powrót do rzeczywistości. Często trzeba się zatrzymać i opuścić strefę komfortu. To może być na początku trudne, ale nie bój się.

Podróżuje się wolno i mozolnie, ponieważ kierowcy muszą wykazywać się nie lada kunsztem, by omijać niezliczone dziury w poszukiwaniu choćby skrawka prostej nawierzchni.

Co fascynujące, na tych trasach obowiązuje niepisana, ale bezwzględnie przestrzegana hierarchia pierwszeństwa:

  1. Zwierzęta są najważniejsze: krowy, kozy i owce to niekwestionowani władcy dróg.

  2. Dromadery: budzą największy respekt kierowców, ponieważ mają najwyższą wartość rynkową.

  3. Ludzie i maszyny: piesi zajmują przedostatnie miejsce, a na samym końcu znajdują się samochody.

Zasada jest twarda i finansowa: jeśli kierowca potrąci zwierzę, musi w pełni pokryć szkodę. To sprawia, że nasi kierowcy z niezwykłą uważnością omijają każde stado wędrujące przez drogę, ku nieustannemu zdziwieniu pasażerów.

Fenomen „ludzi z ziemi”

Niezapomnianym elementem podróży są postoje na tzw. „toaletę ekologiczną” w głębi buszu. Wydaje się, że zatrzymujemy się na kompletnym pustkowiu, z dala od jakichkolwiek wiosek czy zabudowań. Jednak Etiopia ma swoją tajemnicę: zaledwie kilka minut po opuszczeniu samochodów, lokalni mieszkańcy zaczynają pojawiać się wokół nas, jakby wyrastali prosto z ziemi. Dla tych wiecznie wędrujących ludzi południa biały podróżnik jest wciąż fascynującym zjawiskiem, co prowadzi do niezwykle bezpośredniego kontaktu.

Aparat kontra karabin: Konfrontacja kultur

To właśnie w takich momentach dochodzi do prawdziwej konfrontacji kultur, która w pierwszym odruchu może budzić lęk. Etiopia sprawia wrażenie kraju uzbrojonego po zęby – powszechny jest widok mężczyzn z maczetami, strzelbami, dzidami, a nawet karabinami AK-47.

Obserwujemy się nawzajem z mieszanką nieufności i ciekawości:

  • Mieszkańcy: Stoją z bronią, czujni i nieufni, obserwując przybyszów.

  • Turyści: Uzbrojeni w swoje „bronie” – aparaty fotograficzne – marzą o zrobieniu wyjątkowego zdjęcia tej lokalnej „armii”, jednocześnie obawiając się ich reakcji.

Klucz do porozumienia

Mogłoby się wydawać, że bariera jest nie do przejścia – nie znamy języka amharskiego i pochodzimy z zupełnie innych światów. Jednak kluczem do sukcesu w relacji z „ludźmi z maczetami” okazują się najprostsze gesty. Czasami lody przełamuje podarowany T-shirt, po którym następuje wymiana szczerych spojrzeń i uśmiechów. Ostatecznym symbolem porozumienia staje się mocny uścisk dłoni, który udowadnia, że mimo zbrojnego wyglądu, u podstaw każdej relacji leży człowieczeństwo.

Analogia dla lepszego zrozumienia: Podróż po drogach południowej Etiopii jest jak wizyta w teatrze, w którym nie ma podziału na scenę i widownię. Choć turyści próbują pozostać obserwatorami za szybami samochodów, surowa rzeczywistość – z jej uzbrojonymi aktorami i stadami zwierząt – bardzo szybko wciąga ich do wspólnego występu, w którym jedynym uniwersalnym scenariuszem okazuje się uśmiech i gest wyciągniętej dłoni.

Previous
Previous

Fotografia Analogowa - Wywoływanie filmów czarno-białych w domu

Next
Next

Plemię Mursi – wojownicy z doliny rzeki Omo